niedziela, 14 grudnia 2014

Czy w irlandzkim istnieje słowo "seks"? Rzecz o języku, kulturze i miłości. I o Irlandii, rzecz jasna, też.

Dziś będzie o esejach. Od razu przyznaję, że uciekłam się do drobnej manipulacji w tytule, w myśl zasady "seks sprzedaje wszystko". Nawet eseje. Pomysł nie jest do końca mój, ukradłam go Nuali Dhomhnaill, która zamieszcza to pytanie już w pierwszym szkicu w zbiorze "Eseje wybrane".


Nieznana autorka o dziwnie brzmiącym nazwisku, mało nośny tytuł, smutna okładka - kto chciałby to czytać (lub o tym czytać), gdyby nie seks? 
Dla mnie samej spotkanie z tą książką było nieuniknione. Wiodła mnie do niej kręta irlandzka ścieżka od fascynacji poezją Nuali (tworzoną w języku irlandzkim, lecz tłumaczoną na angielski przez najwybitniejszych poetów z Irlandii), przez zbiór "Sześć poetek irlandzkich", a w nim polski przekład wybranych wierszy poetki, którego dokonał Jerzy Jarniewicz, aż po spotkanie z samą poetką w warszawskim Muzeum Literatury. 
Nuala Ni Dhomhnaill podczas spotkania w Muzeum Literatury
25 września 2014

Mimo to, sięgałam po "Eseje wybrane" z pewną dozą sceptycyzmu i to właśnie ten seks z początku książki obrócił mój sposób myślenia o esejach (jako akademickiej i poważnej, a tym samym nudnej formie) o 360 stopni. I sprawił, że zatopiłam się w lekturze po uszy już od pierwszej strony.     

"To co teraz piszesz, córeczko?" - pyta przez telefon mama Nuali. "Esej dla New York Timesa" - odpowiada Nuala. "A o czym?" - docieka matka. "O tym, jak to jest tworzyć w języku irlandzkim". Długa cisza. A potem: "Mam nadzieję, że napiszesz, iż jest to czystym szaleństwem". Brzmi nieźle? A będzie jeszcze lepiej, ponieważ u Nuali jest jak u Hitchcocka: na początku trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. I tak po rozmowie z matką przenosimy się do ambasady Stanów Zjednoczonych w Dublinie, gdzie poetka uczestniczy w spotkaniu z pisarzami Richardem Wilburem i Toni Morisson. Jedna z obecnych tam kobiet, Irlandka, pyta Nuali, czym się zajmuje. Nim zainteresowana zdąży odpowiedzieć, towarzyszący kobiecie mężczyzna wcina się, mówiąc: "Jak to? Nuala tworzy wiersze w języku irlandzkim. Pisze o miłości i stracie, a większość z jej wierszy mógłbym wyrecytować z pamięci". "W zasadzie - wtrąca nieco poirytowana Nuala - to uważam, że jedyne, o czym warto pisać, to rzeczy dużego kalibru, jak narodziny i śmierć. I to co między jednym a drugim najważniejsze, czyli seks." Na to rzeczony pan odpiera rubasznie: "To w irlandzkim istnieje słowo seks?". To zdanie to kwintesencja tych esejów. Czytam je i wiem, że książka, którą  mam w rękach mnie uwiedzie. Bo kiedy ktoś pisze z taką swadą o sprawach niezwykle intymnych, to nie sposób pozostać obojętnym.

Kładę nadzieję na wodzie na dnie łódeczki języka..
Język jest niewątpliwie motywem przewodnim tego zbioru. Nie bez powodu to jemu poświęcony jest pierwszy esej o znamiennym tytule "Dlaczego zdecydowałam się pisać po irlandzku, czyli trup, który powstaje i zaczyna mówić". Ten esej to manifest, to wyznanie i literackie zobowiązanie. To także oskarżenie rzucone Irlandczykom: czemu odwróciliście się od swojego języka? Czemu jesteście hipokrytami, którzy z jednej strony czczą irlandzki niczym świętość (ceremonialnie wstawiając kilka irlandzkich słów na początku i końcu swojego przemówienia), z drugiej zaś strony na co dzień żyją bez niego? "Czemu w swoim własnym kraju muszę stawać w obronie jego urzędowego języka (pierwszego oficjalnego!) i to przed rodakiem, który najwyraźniej uważa nieznajomość swojego ojczystego języka za niesamowite osiągnięcie?!" - pyta z wyrzutem Dhomhnaill. Jest trochę złości w tym eseju, ale jest także dużo piękna i czułości, kiedy poetka pisze o swoim wyborze:
Wybrałam swój język, a właściwie, jak sądzę, gdzieś w głębi ten język wybrał mnie. Jeśli jest jakaś głębia w naszym życiu, którą z braku innego słowa nazwałabym 'duszą' (a wierzę, że tak właśnie jest), to językiem, którym mówi i z którego wywodzi się moja dusza jest irlandzki. Miałam szesnaście lat, kiedy dokonałam tego wyboru. I to było to. Wciąż jest. Nie ma nic innego.
Jednocześnie Dhomhnaill przyznaje, że próby wywalczenia dla języka irlandzkiego należnego mu w kulturze miejsca kosztują ją dużo wysiłku: "Moja miłość do irlandzkiego, jakkolwiek wielka by nie była, musi zmierzyć się z odmętem ludzkiej obojętności i ambiwalentnym stosunkiem do tego języka" - wyznaje.
Najjaskrawszym bodaj przykładem tej nierównej walki, oprócz wspomnianej już sceny w ambasadzie amerykańskiej, jest opis rozmowy z pewną irlandzką dziennikarką, która odwiedziła poetkę w jej domu, by przeprowadzić z nią wywiad. Trudno w to uwierzyć, ale pierwsze pytanie jakie zadała, brzmiało: "Czy jesteś faszystką?" Zamiast natychmiast wyprosić dziennikarkę, Dhomhnaill cofnęła się rozjuszona i odpowiedziała: "Jestem poetką. Myślę obrazami. Nie wiem, co oznaczają te wszystkie 'izmy' i 'yzmy'. 'Liberalizm', 'konserwatyzm', 'faszyzm' - wszystkie dla mnie znaczą to samo". To niezwykłe, że ta sytuacja miała miejsce dlatego, że Dhomhnaill tworzy poezję w języku irlandzkim. Jeszcze bardziej niezwykłe jest to - i o tym też pisze poetka - że dwie kobiety w podobnym wieku, obydwie wychowane w Irlandii, mogą funkcjonować w dwóch tak odmiennych światach.
    
Kwestia języka nie jest jednak w tym zbiorze wydzielona do jednego rozdziału. Dla poetki bowiem jej ojczysty język jest nie tylko zbiorem słów i narzędziem komunikacji - jest on również, a może przede wszystkim, swego rodzaju repozytorium wierzeń, mitów i tradycji. Niemożliwe jest zatem pisanie o historii, literaturze i kulturze Irlandii - co czyni Dhomhnaill w pozostałych esejech - bez odniesienia do języka. Język irlandzki (tak jak wszystkie języki mniejszościowe) - twierdzi Dhomhnaill - to wyjątkowy i niepowtarzalny sposób postrzegania świata. Jego ochrona i utrzymanie powinno mieć takie samo znaczenie dla ludzi jak ochrona lasów tropikalnych dla bioróżnorodności. Z punktu widzenia poetki największą siłą irlandzkiego jest bogactwo wyobrażeń, związany z nim niesamowity zasób fantazji. To dlatego, tworząc jeden z pierwszych wierszy, Dhomhnaill przerwała w połowie. Pisanie po angielsku wydało jej się nagle niezwykle głupie. Napisała ten wiersz od nowa, tym razem po irlandzku, i od razu wiedziała, że jest lepszy. 

Jak to możliwe, że jakiś język daje większą wolność wyrazu niż inny? Poetka wyjaśnia to na przykładzie cielesności. Jest to jeden z moich ulubionych fragmentów z tej książki, dlatego przytoczę go w całości:

Ze względu na splot różnych okoliczności, irlandzki wypadł poza nawias historii w tym samym czasie, w którym rodziła się współczesna mentalność. To dlatego, w przeciwieństwie do głównych języków europejskich, nie znalazła w nim odzwierciedlenia większość nurtów intelektualnych i przemian takich jak Reformacja, Renesans, Oświecenie, Romantyzm czy też wiktoriańska pruderia. Skutkiem tego podejście do cielesności zachowane w irlandzkim jest niezwykle śmiałe i bezpruderyjne. Prawie niemożliwe jest być 'nieprzyzwoitym' lub 'wulgarnym' w tym języku. Ciało, z wszystkimi swoimi otworami i wydzielinami, nie jest traktowane w świętoszkowaty sposób, lecz jest akceptowane jako an nádúir, natura, i jako takie staje się raczej źródłem żartów i ciętych ripost niż powodem do wstydu. (..) Język irlandzki posiada szczególne bogactwo tego, co Francuzi nazywają polysémie - słów z wieloma różnymi znaczeniami, które są rozciągliwe niczym guma. A ponieważ jest to język z niezwykle rozbudowaną fleksją, szyk wyrazów nie jest w nim tak sztywny jak, dajmy na to, w angielskim (..). A zatem już samo umiejętne użycie składni może spowodować wybuch wesołości i zapewnić najlepszy ubaw w życiu, jak to miało miejsce w moim przypadku. Dużo wysiłku kosztuje mnie nagięcie się do względnie statecznej i poważnej dosłowności, która uchodzi za cywilizowaną rozmowę w każdym miejscu Irlandii położonym na wschód od rzeki Shannon. W irlandzkim nawet morderstwo może ci ujść na sucho. Doprawdy, "czy w irlandzkim istnieje słowo seks"! A czy w języku eskimoskim istnieje słowo śnieg? 

Co znamienne, pisząc eseje, Dhomhnaill wybrała angielski. Być może chciała w ten sposób trafić do szerszego grona odbiorców, a być może w przypadku prozy uznała ten właśnie język za właściwszą formę wyrazu. Być może i jedno, i drugie. Poetka przyznaje, iż wykształciła w sobie umiejętność, którą nazywa "autentyczną dwujęzycznością" - zdolnością do funkcjonowania w dwóch językach, posługiwania się dwoma różnymi sposobami myślenia, do akceptowania sprzecznych prawd bez konieczności wybierania między nimi. Czytając te eseje, napisane wielowymiarową, ale niewydumaną angielszczyzną, nie sposób nie przyznać poetce racji.

Choć nie liczysz, maleńka, nawet sześciu wiosen, tobie daję to wszystko na tym kruchym świecie
Dhomhnaill zaczyna swą opowieść o języku od sytuacji, która miała miejsce już w jej dorosłym życiu, pisze, że język wybrała, mając szesnaście lat. Jednak irlandzki jest nierozerwalnie związany z jej dzieciństwem, kiedy to jako pięcioletnia dziewczynka została wysłana z górniczego miasta w hrabstwie Lancashire w Anglii do domu swojej ciotki znajdującego się w zachodniej części półwyspu Dingle w Irlandii. Sama poetka określa to zdarzenie jako sytuację totalnego zanurzenia w języku i kulturze, bo choć irlandzki była dla jej rodziców - irlandzkich lekarzy pracujących w Anglii - rodzimym językiem, ona sama nie znała go zbyt dobrze. Rodzice posługiwali się irlandzkim w domu, jednak dla małej Nuali pierwszym językiem był w tym czasie angielski.
Miejsce do którego trafiła Nuala znajduje się na obszarze zwanym Gaeltacht. Nazywane są tak regiony, których mieszkańcy posługują się niemal wyłącznie językiem irlandzkim. Obszary te, znajdujące się głównie na zachodzie wyspy, są nie tylko rezerwatem języka, ale też rdzennej kultury i jako takie są objęte prawną ochroną. Taka jest formalna definicja Gaeltachtu, jednak dla Nuali - i, jak twierdzi, dla wszystkich, którzy przyjeżdżają do Gaeltachtu uczyć się irlandzkiego - obszar ten jest miejscem magicznym,"miejscem długich spacerów wśród tuneli krwistoczerwonych krzewów fuksji, poprzez które wraca się z zabaw tanecznych céili, obserwując smugę światła widoczną na niebie nawet o pierwszej w nocy". 
Przyznaję, że ze wszystkich opowieści o irlandzkim to właśnie historia dziecięcego zanurzenia w języku wzrusza mnie najbardziej. Wyobrażam sobie tę małą dziewczynkę, która odmawia mówienia po irlandzku, przekonana, że język, który już zna, w zupełności jej wystarczy; dziewczynkę, która siedzi spragniona przy stole i rozpaczliwie woła: 'milk, milk', lecz nic się nie dzieje. A kiedy wypowiada irlandzkie słowo bainne, szklanka mleka w magiczny sposób pojawia się na stole. Zaklęcie zaczyna działać i gdy sześć tygodni później z wizytą przyjeżdża tata Nuali, córka zwraca się do niego po irlandzku: "Czemu mówisz do mnie po angielsku? Przecież jesteśmy w Irlandii". 
Do łez rozbawia mnie historia, od której zaczyna się mój ulubiony esej "Cé Leis Tú?", o tym, jak mała Nuala spotyka na wiejskiej drodze przedstawiciela lokalnej starszyzny Jacsaí Shea. Jest to jeszcze ten czas, kiedy Nuala wciąż stara się oswoić z polnymi drogami, krowami, brakiem bieżącej wody i elektryczności. Nikt nie rozumie jej 'liverpoolskiego angielskiego', ona zaś nie rozumie charakterystycznego dla hrabstwa Kerry akcentu. I oto niejaki Jacsaí Shea pyta ją  "Cé leis tú?" - "Do kogo należysz?" Wszyscy w okolicy wiedzą, że jest to lokalny zwyczaj pytania dziecka o imię. Jednak ta mała dziewczynka stojąca pośrodku polnej ścieżki odbiera to pytanie z całą jego dosłownością i odpowiada stanowczo: "Ní le héinne mé. Is liom féin mé féin" - "Nie należę do nikogo oprócz samej siebie". 

Trzysta lat na jeziorze Derravaragh, trzysta na morzu Moyle, i trzysta w Errislannan i w Inishglorey...
Dhomhnaill stwierdza, że to spotkanie sprzed ponad pięćdziesięciu lat wciąż trafnie oddaje jej złożoną relację z miejscem, w którym się wychowała. Wywodzi się z niego, choć nie pochodzi stamtąd, dla rdzennych mieszkańców wciąż pozostając osobą z zewnątrz - tą małą angielską dziewczynką, którą była dla nich wtedy.
Według mnie pytanie "Cé leis tú?" w kontekście wszystkich opowieści Nuali nabiera jeszcze co najmniej jednego znaczenia, stając się pytaniem o tożsamość kulturową Irlandczyków. W tym samym eseju, w którym poetka pisze o swoich dziecięcych spotkaniach z językiem, z rozgoryczeniem mówi też o "językowym wygnaniu" na przedmieściach Dublina: 
Właśnie wróciłam z supermarketu, w którym w zasięgu wzroku nie uświadczysz żadnego słowa po irlandzku. W akcie desperacji ustawiam w radiu irlandzkojęzyczną stację Radio naGaeltachta. Czasami jest zbyt trywialna: czarno-biały pies zaginął w Connemarze, wyniki wczorajszego bingo w Na Doire Beaga są następujące... A ja czuję, że muszę powiedzieć coś istotnego i że jest to związane z irlandzkim. To że irlandzki jest niemal nieobecny na przedmieściach Dublina wcale nie oznacza, że nie istnieje. Tak jak drożdże, które są niewidoczne, sprawiają, że chleb rośnie, tak irlandzki sprawia, że kultura się rozwija.  
To ostatnie zdanie było dla mnie niczym objawienie. Od kiedy tylko zaczęłam się zajmować literaturą irlandzką pisaną po angielsku, czyli od bez mała dziesięciu lat, zastanawiałam się, co tak bardzo mnie w niej fascynuje, a czego nie ma, dajmy na to literatura amerykańska czy angielska? Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie, czułam jednak, że mimo wspólnej płaszczyzny językowej, pisarstwo irlandzkie różni się w jakiś fundamentalny sposób od angielskiego. Dhomhnaill uświadomiła mi, że każdy irlandzki pisarz wnosi do swojej twórczości niezwykły - i często nieuświadomiony - bagaż kulturowy. Wszystko, co przez wieki powstawało w kulturze opartej na języku irlandzkim, znajduje swoje odzwierciedlenie we współczesnych tekstach, czy to w ich warstwie językowej, czy też warstwie narracyjnej.
W Irlandii wszystko, włącznie z historią prywatną i historią zbiorową, zostaje włączone w sferę mitologiczną. Nasza podświadomość jest źródłem naszej największej kreatywności. Z jakiegoś powodu na tej wyspie drzwi pomiędzy racjonalnym a nieracjonalnym nigdy nie zostały domknięte. Zawsze znalazł się ktoś - jakiś bard na sali, seanchaí (gawędziarz) przy kominku czy pieśniarz w pubie - kto wkładał swą stopę w te drzwi.
Jednym z przykładów irlandzkiego dziedzictwa kulturowego obecnego we współczesnej literaturze jest dinnsheanchas, której Dhomhnaill poświęca w całości dwa rozdziały. Według tłumaczenia poetki dinnsheanchas - dinn oznaczające ważne miejsce, zaś sheanchas odpowiadające słowom 'przekaz' lub 'wiedza' - to tradycja ustna związana ze znamiennymi miejscami i dotyczącymi tych miejsc niesamowitymi opowieściami. Jak pisze poetka, "dinnsheanchas była kluczowa dla kultury przez wieki tradycji ustnej i przez tysiąc pięćset lat irlandzkojęzycznej tradycji piśmienniczej", stając się jedną z ważniejszych gałęzi wiedzy o świecie gaelickim.
Zaiste, dinnsheanchas jest tak powszechna we wczesnej i w średniowiecznej literaturze irlandzkiej, tak wpleciona w mity i sagi, w których niemal przesłania główną historię, iż współczesnemu czytelnikowi może się wydać irytująca przez spowalnianie tempa opowieści.
We współczesnej literaturze, czy to w wierszach Medbh McGuckian, czy w sztuce "Cudotwórca" Briana Friela, tradycja dinnsheanchas nie jest tak nachalna. Przywołanie jej służy oswojeniu miejsca, podkreśleniu jego związku z jednostką i temu, co Dhomhnaill określa jako "emocjonalne i imaginatywne posiadanie ziemi, niezwiązane w żaden sposób z potrzebą tytularnego prawa własności". We wzruszającym zakończeniu pierwszego eseju poświęconemu dinnsheanchas Dhomhnaill wyznaje:
Wierzę, że powrót zainteresowania tradycją dinnsheanchas może sprawić, że zaczniemy dzielić się naszą miłością do tej ziemi, naszym niezmiernym zachwytem Irlandią. Wierzę, że poprzez swe bogactwo wyobrażeń tradycja ta może w niezwykły sposób zaspokoić ludzką potrzebę przynależności do miejsca tak, abyśmy mogli to miejsce kochać i wspólnie się o nie troszczyć, a nie toczyć o nie boje.
Od początku byłam pod twym urokiem.. Przepłynąłeś przez życie powróciłeś do domu
Miłość w esejach Nuali Dhomhnaill to przede wszystkim niezwykłe przywiązanie do miejsca i tradycji, z których poetka się wywodzi. To pasja tworzenia w języku, który uznaje za część swojej duszy. Ale jest też w tym zbiorze opowieść o miłości romantycznej, czyli o tym, jak poetka poznała swojego męża - tureckiego badacza i jak, będąc już w zaawansowanej ciąży, wyruszyła z nim w podróż do Turcji. ("W dzisiejszych czas młodzi ludzie jeżdżą na stypendia typu Erasmus. W moich czasach, aby wydostać się z kraju i poznać inną kulturę, trzeba było wyjść za mąż za Turka" - stwierdziła żartobliwie Nuala podczas spotkania w warszawskim Muzeum Literatury).
Pięć lat życia spędzone w Turcji i jedno ważne odkrycie: "Chcę znowu tworzyć poezję po irlandzku, chcę tego bardziej niż czegokolwiek innego. I pragnę to robić do końca życia".

A potem powrót do domu. Z powrotem do Irlandii.




* Wszystkie śródtytuły pochodzą z wierszy Nuali Dhomhnaill w przekładzie Jerzego Jarniewicza ("Sześć poetek irlandzkich", wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2012).
Fragmenty esejów pochodzą ze zbioru Selected Essays (wyd. New Island, Dublin 2005), przekład własny.


 



 








wtorek, 23 września 2014

Córka faraona



http://dramachicks.wordpress.com
 Nuala Ní Dhomhnaill 
 (ur.1952)

Irlandzka poetka. Urodzona w Lancashire w Anglii. Wychowana w Irlandii w Dingle (hrabstwo Kerry) oraz w Nenagh (hrabstwo Tipperary), w obszarze irlandzkojęzycznym (Gaeltacht). Tworzy wyłącznie w języku irlandzkim (gaelickim). Przekłady jej wierszy zawdzięczamy takim znanym poetom i poetkom irlandzkim jak Seamus Heaney, Paul Muldoon, Medbh McGuckian, Eiléan Ní Chuilleanáin czy Ciaran Carson.



Jej wiersze przebyły długą drogę. Tak długą jak nadzieja w jej wierszu "W kwestii języka":



W kwestii języka

Kładę nadzieję na wodzie
na dnie łódeczki
języka, jakbym kładła
niemowlaka

w kobiałce splecionej
z kosaćcowych liści,
której spód pokryto 
smołą i bitumem,

a potem puszczam ją z prądem
przez porastające brzeg
wielkiej rzeki
turzyce i papirusy,

żeby ją wody poniosły,
choć nie wiem, gdzie osiądzie,
być może na kolanach
córki faraona 

Przekład: Jerzy Jarniewicz (według przekładu Paula Muldoona)
Źródło: "Sześć poetek irlandzkich", wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2012.



The Language Issue

I place my hope on the water
in this little boat
of the language, the way a body might put
an infant

in a basket of intertwined
iris leaves,
its underside proofed
with bitumen and pitch,

then set the whole thing down amidst
the sedge
and bulrushes by the edge
of a river

only to have it hither and thither,
not knowing where it might end up;
in the lap, perhaps,
of some Pharaoh's daughter.


Przekład: Paul Muldoon
Źródło: Pharaoh's Daughter, Gallery Press, 1990 




Nuala Ní Dhomhnaill
Ceist na Teangan

Cuirim mo dhóchas ar snámh
i mbáidín teangan
faoi mar a leagfá naíonán
i gcliabhán
a bheadh fite fuaite
de dhuilleoga feileastraim
is bitiúman agus pic
bheith cuimilte lena thóin

ansan é a leagadh síos
i measc na ngiolcach
is coigeal na mban sí
le taobh na habhann,
féachaint n’fheadaraís
cá dtabharfaidh an sruth é,
féachaint, dála Mhaoise,
an bhfóirfidh iníon Fhorainn?



Jeśli chcielibyście posłuchać "łódeczki języka", przyjdźcie w najbliższy czwartek, 25.09.2014 do Muzeum Literatury na spotkanie z Nualą Ni Dhomhnaill.
Poprowadzi je Jerzy Jarniewicz. 

niedziela, 31 sierpnia 2014

Seamus Heaney

"Miałam szesnaście lat, kiedy spotkałam Seamusa Heaneya" - rozpoczyna jeden ze swoich najbardziej znanych wierszy Leontia Flynn, by potem zapytać "kim jednak był ten Heaney? / Podpisał się na mojej migawce, którą gdzieś posiałam".
Gdybym ja miała napisać podobny wiersz, pewnie zaczynałby się od zdania "Miałam dziewiętnaście lat, kiedy przeczytałam 'Digging'.." Piękny wiersz o trudach stawania się poetą w Irlandii lat 60-tych, wiersz otwierający pierwszy tomik poezji Seamusa Heaneya wydany w 1966 roku.
A zatem kim był ten Seamus Heaney? Irlandczyk, poeta, noblista z 1995 roku. 


Źródło: Colin Davidson
http://www.colindavidson.com/index.php?do=betweenthewords/seamus-heaney

Jerzy Jarniewicz napisał o nim:
Urodził się w Mossbawn, w Irlandii Północnej, w chłopskiej rodzinie. Był rok 1939, ten sam, w którym umarł W. B. Yeats, co niektórzy uznali za symboliczną sukcesję władzy. Miał to szczęście, że należał do "pięknej plejady", pokolenia wyjątkowo utalentowanych północnoirlandzkich poetów, jak Michale Longley czy Derek Mahon, Przyjaźnił się z nimi na studiach w Belfaście. Z tej grupy odniósł największy sukces, kiedy w 1996 r. ukazał się jego debiutancki tomik "Śmierć naturalisty" (Death of a Naturalist).

To właśnie ze "Śmierci naturalisty" pochodzi wiersz "Kopanie" ('Digging'):

Między kciukiem a palcem, przysadziste pióro
Tkwi ściśle w garści, jakby dłoń była kaburą.
Pod moim oknem - czysty i zgrzytliwy
Dźwięk ostrza szpadla, wbijanego w żwiry.
To ojciec; kopie. Patrzę z góry,
Póki napięty pałąk, grzbiet, znów się nie zegnie
Między grządkami kwiatów i dźwignie dwadzieścia
Lat temu, kiedy niósł się w tym samym rytmie pochyleń
Poprzez poletko kartofli, kopiąc. [...]
Na Boga, stary umiał obracać łopatą.
Całkiem jak jego stary. [...]
Zimna woń ziemniaczanej pleśni, plask i chlupot
Płatów mokrego torfu, zwięzły chrzęst ostrza, kiedy
Przecięło żywy korzeń - wszystko to budzi się w mózgu.
Ale nie mam łopaty, nie mogę być taki jak oni.
Między kciukiem a palcem, przysadziste pióro
Tkwi w garści.
Nim będę kopał.

(całość w oryginale poniżej)

Krytycy zgodnie uznają, że przełomem w karierze Heaneya był tomik "Północ" wydany w 1975 roku, czyli w chwili nasilenia konfliktu północnoirlandzkiego. W zbiorze tym, zgodnie z deklaracją złożoną w "Kopaniu", Heaney kopie - zarówno "przysadzistym piórem", jak i w "bagnie historii". Metafora ludzi z bagien wykorzystana w "Północy" do opowiedzenia historii Irlandii, jest silna i przejmująca. Jednym z najbardziej znanych wierszy pochodzących z tego tomu jest "Kara":

Czuję tamto szarpnięcie 
postronka na jej
szyi, wiatr
na jej nagich piersiach

ściągający sutki 
w krople bursztynu 
kołyszący kruchym
rusztowaniem żeber.

Widzę jej ciało
zatopione w bagnie 
ciężki kamień 
unoszące się drągi i gałęzie

Pod nimi była młodym 
okoronowanym drzewem 
wydobytym teraz 
jak kość dębu, szkatułka mózgu - 

jej ogolona głowa
jak ścierń czarnego zboża
oczy związane ziemistą opaską 
pętla jak pierścień

do przechowywania 
wspomnień miłości
Mała cudzołożnico
zanim cię ukarali

byłaś lnianowłosa
niedożywiona i twoja
czarna jak smoła twarz była piękna 
Mój biedny ofiarny koźle, 

kocham cię prawie,
lecz wiem, że rzucałbym
kamieniami ciszy.
Jestem podstępnym podglądaczem

odsłoniętych i pociemniałych 
zwojów twojego mózgu, 
siatki mięśni
i wszystkich porachowanych kości -

ja, kiedy stałem niemy
gdy twe zdradzieckie siostry
w czepku ze słomy
łkały pod płotem, 

który tolerowałem 
gwałt cywilizacji
rozumiem tę intymną
i dokładną, plemienną zemstę
 
 
W ostatni czwartek, 28.08, dwa dni przed pierwszą rocznicą śmierci Seamusa Heaneya, poczta irlandzka (An Post) wypuściła znaczek upamiętniający Poetę.

 
Źródło: An Post
http://www.anpost.ie/AnPost/MainContent/About+An+Post/Media+Centre/Press+Releases/2014/Celebrating+the+late+Seamus+Heaney.htm


Dziesięć dni przed śmiercią Heaney napisał swój ostatni wiersz, który poświęcił wnuczce:

In Time  

For Síofra (August 18, 2013)

Energy, balance, outbreak:
Listening to Bach
I saw you years from now
(More years than I’ll be allowed)
Your toddler wobbles gone,
A sure and grown woman.
Your bare foot on the floor
Keeps me in step; the power
I first felt come up through
Our cement floor long ago
Palps your sole and heel
And earths you here for real.
An oratorio
Would be just the thing for you:
Energy, balance, outbreak
At play for their own sake
But for now we foot it lightly
In time, and silently.

Źródło: http://www.newyorker.com/magazine/2013/12/23/in-time-3

Zarówno ten wiersz jak i najlepsze wiersze Heaneya z lat 1988-2013 ukażą się już 6.11.2014 jako "New Selected Poems 1988-2013". Będzie to kontynuacja wydanego w 2002 r. tomu "New Selected Poems 1966-1987". Rodzina Seamusa Heaneya stwierdziła, iż "po roku żałoby po stracie męża i ojca, publikacja zbioru, który będzie zawierał wybrane przez niego wiersze z późniejszego okresu kariery, będzie najlepszym hołdem, jaki mogą złożyć poecie i mężczyźnie, którego tak bardzo im brakuje".

Moim hołdem jest powrót do jego twórczości. Zaczną, jak wtedy gdy miałam dziewiętnaście lat, od 'Digging':


Between my finger and my thumb
The squat pen rests; snug as a gun.

Under my window, a clean rasping sound 
When the spade sinks into the gravelly ground:
My father, digging. I look down.

Till his straining rump among the flowerbeds
Bends low, comes up twenty years away
Strooping in rythm through potato drills
Where he was digging.

The coarse boot nestled on the lug, the shaft
Against the inside knee was levered firmly,
He rooted out tall tops, buried the bright edge deep
To scatter new potatoes that we picked
Loving their cool hardness in our hands.

By God, the old man could handle a spade.
Just like his old man.

My grandfather cut more turf in a day
Than any other man on Toner's bog.
Once I carried him milk in a bottle
Corked sloppily with paper. He straightened up
To drink it, then fell to right away

Nicking and slicing neatly, heaving sods
Over his shoulder, going down and down
For the good turf. Digging.

The cold smell of potato mould, the squelch and slap
Of soggy peat, the curt cuts of an edge
Through living roots awaken in my head.
But I've no spade to follow men like them.

Between my finger and my thumb
The squat pen rests.
I'll dig with it.







środa, 13 sierpnia 2014

The Butcher Boy

The buses were green as gooseberries and a stone pillar cut the sky. This is Dublin I says to a fellow yeah its Dublin where do you think it is for the love of Jaysus. I liked the way he said that and I tried to say it myself. Jay-zuss. Who's that over there I says to this woman and she looks at me with her mouth open. A big grey statue mouthing about something in the middle of the street and birds shiting all over his head. I thought it was the president but she told me it was Daniel O'Connell. I didn' know anything about him except he was something to do with the English and all that.

Patrick McCabe, The Butcher Boy




Daniel O'Connell statue, Dublin

czwartek, 17 lipca 2014

New Dubliners

When I first came to Dublin in the summer of 2004 the city struck me. It was unlike anything I had known before but at the same time it felt so oddly familiar... Like a place you were born to..

It was June 2004 and the city was still celebrating the Bloomsday Centenary. 
And here is a litle digression: as an English literature student I knew Joyce, I had read A Portrait of the Artist as a Young Man (and was very proud of it back then) but I didn't know Ulyssess and hence had no idea who exactly Bloom was and why the city celebrated him. 
It took me a while (half a year to read Ulysses and two weeks to savour Dublliners) to understand that the 'prick with the stick' - as Dubliners affectionately nicknamed James Joyce (or more precisely his statue in Earl Street) - simply "presented Dublin to the world".

Yes, the year 1904 was a "defining literary moment" for Dublin. Not only because of this guy...




...who spent the whole day of 16 June 1904 wandering around the city (and this one day was enough to become a literary icon celebrated in the years to come!) but also beacuse of this volume...





 .."a chapter in the moral history of my country", as Joyce himself descibed the collection written in most part in 1904-1905.
 For these two reasons June 2004 was a perfect moment for Joyce fans to visit Dublin, for Dubliners to celebrate their city and for ignorants like myself to start to discover this "oddly familiar place" and its literary representations..

A year or so later, when I was revisiting Dublin, I stumbled upon this book:




The back cover description (or blurb, if you will) says: "In celebration of the 100th anniversary of Dubliners, eleven foremost Irish authors revisit Jams Joyce's 'dear dirty Dublin' in this inspired collection of luminous, new short stories."
Sure I had to no choice but to buy the book and see how these authors "celebrate Joyce and the Dublin of our time" (as the editor Oona Frawley put it in her introduction).

Meave Binchy's "All that Matters" is probably the weakest story in the collection. It could be basically summarized like this: A teenage girl named Nessa lives in a shabby house in Dublin. She lives there with her hard-working Ma, lazy Da and two brothers. Every summer her aunt from America comes over. She is classy, cultured and she knows "all that matters". And more importantly, she is "able to reinvent Nessa". So Nessa becomes Vanessa because "all that matters is the image you create of yourself" and "if you are to ammount to anything, then you must have respect for the way you appear to others". Apart from the name, the reinvented image includes new clothes, new hair style, rearranged bedroom and a Saturday job. Oh, and some cultural outings that help Vanessa meet interesting people. Next summer the aunt is proud of her neice and the niece thinks her life without the aunt would be, oh so miserable. But then she gets pregnant. Dublin is not a place for a pregnant teenager but neither is New York. Having arrived in her aunt's apartment, Vanessa realizes that all this time her aunt has been "making up some fake existence over here in America." And it starts to dawn on her that "going home again, back to Dublin, back to Chestnut Street and to herself, that was all that mattered."
I have never been Binchy's big fan. Well, to be honest, I don't like her writing at all. Maybe it reads well for some people, but for me her lines are just so..not intriguing. Maybe the idea behind the story is good (then why does it seem so repetitive?) but the plot alone doesn't make a good story. Maybe it works like that in a novel but definitely doesn't work in a short story... "All that Matters" lacks at least one dimension, which is particularly visible in the closing passage. "Aunt Elizabeth seemed to talk in capital letters a lot", says Nessa in the beginning of the story. Reading the final epiphany, however, gives me a strange feeling that it is Meave Binchy who overuses capital letters... And I don't seem to like it.